„Milczący zamek” Kate Morton

Milczący zamek” jest trzecią – po „Tajemniczym ogrodzie” i „Domu w Riverton” - powieścią Kate Morton, którą miałam przyjemność przeczytać. Lubię książki tej australijskiej pisarki za to, że mają duszę, no i wszystko to, co składa się na literacki sukces: niebanalną fabułę, zawiłą intrygę i mroczne sekrety. Do tego ten tajemniczy klimat, aura niedopowiedzeń, szczypta ckliwych uniesień i ogromne pokłady wielobarwnych emocji. Nie jestem odosobnionym przypadkiem - książki Kate Morton cieszą się niebywałą popularnością. To dobra, bardzo kobieca literatura.

Londyn, lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia. Meredith otwiera list. List, który był wysłany… pół wieku temu. Wybucha płaczem - jej córka Edith jest zdumiona, wszak matka jest niezwykle powściągliwa w okazywaniu uczuć. Nie może być inaczej - postanawia przyjrzeć się bliżej przeszłości matki. Ślady prowadzą do zamku Milderhurst, który należał do Raymonda Blythe’a, autora „Prawdziwej historii człowieka z błota”, jej ukochanej powieści z dzieciństwa. Odwiedza zamek, który wciąż zamieszkują siostry Blythe: Persephone, Seraphina i Juniper. Tak oto historia zatoczyła koło i nadszedł czas, by odkryć tajemnice matki i… zamku.

Akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych (co uwielbiam!). I tak to mamy całkiem współczesny, szybki i gwarny Londyn oraz odległe lata czterdzieste – atmosferę dotkniętej wojną metropolii i nieco senną codzienność zamku Milderhurst. Wydawać by się mogło, że to ot, kolejna ładna, babska historia, odpowiednia na niejeden długi, jesienny wieczór. W pewnym sensie tak jest, niemniej to opowieść niezwykła: o frapującej fabule i niejednym dnie, osadzona nie tylko w tajemniczych, ale i niezwykle malowniczych okolicznościach.

Fabuła nie poraża mnogością bohaterów – jest ich dokładnie tylu, ilu powinno, by wszystko było spójne, klarowne, by zagrało. Może dlatego osoby, które poznajemy, są bardzo wyraziste, charakterne, barwne - każdy ma swoje miejsce i ważną do odegrania rolę. Są dobrze wyrysowane – budzą emocje, łatwo ich sobie wyobrazić i… zrozumieć. Łatwo też dać się zwieźć pozorom i ponieść własnym myślom. Bo czytając „Milczący zamek” jest się nad czym zastanawiać. Milderhurst autorka uczyniła nie tylko niezwykle intrygującym i klimatycznym centrum wydarzeń, ale i gejzerem emocji – i pięknych, i strasznych.  Tu dobro przeplata się ze złem, geniusz z szaleństwem, przywiązanie do tradycji z pragnieniem pójścia z duchem czasu. Jest też miłość – i to o wielu obliczach: czysta i toksyczna, partnerska i rodzicielska, żądająca poświęceń i ta próżna, własna. Łatwo można w owej powieści, pod płaszczykiem sensacji, odkryć drugie dno. Bo to także książka o rzeczach dużych, nierzadko bolesnych: o przemijaniu, życiowych celach i odpowiedzialności - wobec siebie i najbliższych, o determinacji w dążeniu do szczęścia i marzeniach, o których czasem trzeba po prostu zapomnieć.

To jednak, co najbardziej – oprócz fantastycznej intrygi i ujmującego klimatu – zapamiętam z tej literackiej wyprawy, to charakterystyczny styl autorki. Nieco patetyczny, niecodzienny, sentymentalny. Trzeba jednak przyznać (w czym również zasługa tłumaczki), że posiada ona niezwykłą umiejętność malowania słowami – naprawdę trudno o bardziej trafne określenie. Jej język jest plastyczny, bardzo sugestywny, eteryczny. Świat widziany jej oczami ma wiele barw, chwil, które warto przeżyć i momentów, które trzeba dostrzec, by się nimi zachwycić. To bardzo poetycka książka.

To bez wątpienia rarytas dla tych, którzy są cierpliwymi długodystansowcami - potrafią niespiesznie delektować się opisami, uginającymi się pod natłokiem malowniczych detali, i czerpią przyjemność z konsumpcji ekstatycznych uniesień. Tym dane będzie niemal poczuć dotyk rosy i woń jesiennych liści. Odnajdą się też ci, którzy nie są solidnymi czytelnikami i opisy, które uznają za nużące, z czystym sumieniem ominą. Ponieważ nie należę do żadnej z tych kategorii, mnie owa egzaltacja i bogactwo szczegółów nieco irytowała, bywała chwilami męcząca. Jednak to moje subiektywne odczucie nijak nie umniejsza atrakcyjności książki – to, co dla mnie jest ułomnością, dla innych będzie stanowiło niewątpliwy walor (jestem o tym przekonana).

Ktoś powiedział, że "Milczący zamek" to romantyczny thriller z elementami powieści gotyckiej. I to, zdaje się, jest doskonałym, wymownym podsumowaniem. To urokliwe, dobrze wydane tomisko, powinien przeczytać każdy, kto lubi dać się porwać – fabule i własnym przemyśleniom, i pozostać na dłużej w zupełnie innym wymiarze, w zupełnie innej rzeczywistości…

Monika Zalewska-Biełło



Oceń:

0.0 (max 5), głosów: 1

| | więcej
blog comments powered by Disqus

Dla Ciebie

W tej chwili na forum: 690 osób

(gości: 502, użytkowników: 188)

BabyBoom.pl/Polecamy/

Nowość w BabyBoom! Miejsca przyjazne rodzinie. Pomóż nam ocenić istniejące i dodać nowe!