„Czarownice z Salem Falls” Jodie Picoult

Książki Jodie Picoult cieszą się niebywałą popularnością, a ona sama doczekała się rzeszy zagorzałych fanów. Wiele o niej słyszałam: że to niezwykle utalentowana i imponująco płodna autorka bestsellerów. Tym zaś, co cechuje jej prozę jest fakt, że nie stroni ona od kontrowersyjnych tematów - każda jej książka porusza jakąś trudną, społeczną kwestię, kipiąc tym samym od emocji. Decydując się na „Czarownice z Salem Falls” spodziewałam się więc mocnej historii, opisanej lekkim piórem, podpartej rzetelną wiedzą psychologiczną i socjologiczną, ze sporą dawką sensacji. Tymczasem…

Książka - bezsprzecznie - ma swój urok i klimat, a i fabułę można z powodzeniem uznać za frapującą. Jej temat jest nośny i żywy, wcale nie łatwy i nijak nie jednoznaczny (czyżby przepis na sukces?). Dużym plusem jest ładne tło powieści – senne, sielskie miasteczko Salem Falls w Nowej Anglii, i charakterystyczne postaci - dość przekonywujące, jakby rozrysowane według przekrojowego szablonu, który można przyłożyć do każdej społeczności. Na pierwszy plan wyłania się właścicielka restauracji, od lat pogrążona w żałobie Addie Peabody (ten wątek naprawdę chwyta za serce) i przystojny Jack St. Bride – doświadczony przez życie erudyta, nauczyciel akademicki, który zatrudnia się u niej jako - tak, tak - pomywacz. To jego obecność wywołuje przyspieszone bicie serc piękniejszej części okolicy oraz lawinę – często dramatycznych - zdarzeń. Ach, są też tytułowe czarownice - cztery nastolatki, które skrywając mroczne tajemnice, zadbały o to, by w książce ożyły także wątki iście magiczne.

Pierwsze kilka stron powieści potwierdzały, że to był dobry wybór. Książkę czytało się szybko i przyjemnie, choć z pewnym napięciem i niepokojem, co dalej (no ale o to chodzi, czyż nie?). Spędziłam z nią dwa wieczory, a kiedy ją zamknęłam, nie wiedziałam ostatecznie, co sądzić. Jej lekturę można porównać do pokonania nierównej drogi – proste odcinki są interesujące, dobrze rokują - mają życie i pazur. Fabuła jest dobrze przemyślana, trzyma tempo i poziom. Niestety, w aspirującej do miana dramatu pozycji, pojawiają się też dołki – momenty melodramatyczne, ociekające słodyczą miłosnych uniesień i ckliwych wyznań, lub te rodem z czarnej komedii, a co za tym idzie, z pretensjonalnymi dialogami w amerykańskim stylu. To mnie bardzo wytrącało z równowagi, irytowało i budziło niesmak (niemniej, gdyby obrać fabułę z tychże, byłby to świetny materiał na ekranizację). O ile ckliwość to kwestia smaku, gustu czy czytelniczej estetyki, o tyle nieformalne wypowiedzi sędziny czy wpuszczenie na salę sądową przyjaciela oskarżonego, z koszem pełnym gorących muffinek, wydało mi się niedorzeczne, i ostatecznie wpływało na wiarygodność fabuły. Nie podobało mi się to.

Pomimo moich kąśliwych uwag, „Czarownice z Salem Falls” naprawdę warto przeczytać. Zarówno ze względu na jej wskazane walory, jak i dlatego, że historia ta zmusza do przemyśleń. Kolejny raz zaskoczyło mnie, jak niedoskonały i bezwzględny bywa system wymiaru sprawiedliwości. Choć teoretycznie, na co dzień, nie jest dla mnie zaskakujące, to jednak zdumiewa, jak bardzo potrafimy być bezduszni, do czego prowadzi myślenie sztampowe, uleganie zbiorowej histerii, i do czego jest zdolny człowiek, gdy sytuacja wymyka mu się spod kontroli. To wręcz niesamowite, jak strach, uprzedzenia czy urażona duma zmieniają optykę. Postawiłam się na chwilę w sytuacji człowieka, który musi walczyć o dobre imię, bo nosi plakietkę „zły” - to dość klaustrofobiczne wrażenie. Przypomniałam sobie także, że warto być czujnym, bo nie wszystko jest tym, czym się być wydaje - zatrważające, co się tli w głowach pozornie przyzwoitych, poukładanych ludzi, i co dzieje się za zamkniętymi drzwiami szczęśliwych domów. I jeszcze jedno, co mnie osobiście podbudowało: że łatwo jest zniszczyć komuś życie, ale jednak trudno – tak naprawdę – złamać samego człowieka.

Zdecydowanie rozumiem, dlaczego za Jodie Picoult szaleją tłumy i dlaczego jej twórczość cieszy się taką popularnością i uznaniem. Bo warto ją czytać – dla przyjemności, ale i po to, by mieć o czym myśleć i... dyskutować. Choć trudno mi dziś, po przeczytaniu zaledwie jednej z osiemnastu książek, jednoznacznie ocenić i zaszufladkować zarówno autorkę, jak i jej prozę, to wiem, że z pewnością do jej twórczości wrócę. Wszak nie bez powodu - choć zaciekle się broniłam - w tyle głowy wciąż błąkały mi się skojarzenia z moimi dwoma ulubionymi powieściami tegoż gatunku: „Co widziały wrony” Ann-Marie MacDonald i „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg.

Monika Zalewska-Biełło

Oceń:

0.0 (max 5), głosów: 0

| | więcej
blog comments powered by Disqus

Dla Ciebie

W tej chwili na forum: 731 osób

(gości: 525, użytkowników: 206)

BabyBoom.pl/Polecamy/

Nowość w BabyBoom! Miejsca przyjazne rodzinie. Pomóż nam ocenić istniejące i dodać nowe!