Dwa tomy „Cukierni pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, pięknie opakowane, pachnące farbą drukarską, szalenie mnie intrygowały, niemniej podchodziłam do nich, jak pies do jeża. Uwielbiam sagi, babskie powieści z duszą, ale boję się książek, opinie o których opływają lukrem. Na szczęście, jak to mówią, rozczarowałam się pozytywnie. Zaplanowana na trzy tomy powieść, przedstawiająca historię Gutowa - uroczego, sennego miasteczka i trzech związanych z nim rodów: Zajezierskich, Cieślaków i Hryciów, okazała się być wspaniałą przygodą. To naprawdę dobra literatura, a wszelkie ochy i achy są w pełni uzasadnione!
Autorka zbudowała swą opowieść na dwóch płaszczyznach czasowych – to zabierając czytelnika w sentymentalną podróż do wieku XIX, to porzucając go w Gutowie, w nieodległych latach dziewięćdziesiątych wieku XX. Początkowo owa konstrukcja jest dość męcząca, jednak frapująca fabuła, prowadzona zarówno z finezją, jak i i z konsekwencją, szybko pozwalają wyczuć konwencję, i co więcej – doskonale się w niej poczuć.
Wspólnym mianownikiem akcji jest pewien pierścień, odnaleziony podczas wykopalisk archeologicznych na gutowskim rynku, którego tajemnicę, a przy okazji i rodzinną historię, próbuje poznać Iga, córka właściciela Cukierni pod Amorem. Wątek współczesny, choć nie pozbawiony ikry, przy barwności, mnogości wątków i nasyceniu fabuły z planu drugiego, wydaje się być niemal sterylny i prosty, jak lektura dla gimnazjalistów. Bo „plan retro” to majstersztyk. To bogate, sugestywne tło i koronkowa fabuła, pełna intryg, miłości, dramatycznych zwrotów, zasadzek historii i szarzyzny codzienności. To niezwykle wyraziste postaci – ciekawe i ambitne kobiety, i nie mniej barwni mężczyźni. Cóż jeszcze? Nastrojowość polskiej szlachty (zaglądamy im nie tylko do głów, chłonąc mentalność i sposób myślenia, ale i do … garnków), codzienność chłopstwa, polskich emigrantów za oceanem (ogromne wrażenie zrobiła na mnie ówczesna przepaść cywilizacyjna pomiędzy Ameryką a ziemiami polskimi), drobnych cwaniaczków z warszawskiego Powiśla czy artystycznej bohemy (ech, i Gina, którą poznajemy w drugim tomie, a historia której wydała mi się szczególnie inspirująca i poruszająca).
„Cukiernia pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to dobra, ciepła powieść w barwach sepii. O ile pierwsza część sagi pozostawiła mnie ot, w dobrym nastroju, bez nerwowego „co dalej?”, o tyle zakończenie części drugiej było aktem dość brutalnym. Oto zostałam nagle sama – bohaterowie, których losy śledziłam z zapartym tchem, zostali zawieszeni w próżni. A ja? Niestety - wydanie trzeciej części sagi planowane jest na jesień 2011, stąd przyjdzie mi ostudzić emocje. Przyznaję, łatwe to nie będzie, bo - bez dwóch zdań - dołączyłam do tłumu wielbicieli, stając się jej wielką fanką. Naturalnie są także krytycy. Ci mówią, że lektura powieści przypomina studia nad herbarzem, jeszcze inni wyszukują biograficzne pomyłki i autorskie wpadki (pojawienie się których, przy takim wachlarzu bohaterów, uznaję za zrozumiałe). Tak, dla czytelników z zacięciem detektywistycznym oraz miłośników matematycznej precyzji to spotkanie może być męczące. O wiele więcej przyjemności doświadczą ci, którzy zdecydują się po prostu chłonąć cudowny klimat książki i smakować ją, niczym wyrafinowaną babeczkę migdałową. Tę z Cukierni pod Amorem.
Monika Zalewska-Biełło
(gości: 510, użytkowników: 203)