Kilka dni temu na księgarskie półki trafiła pozycja, która wstrząsnęła opinią publiczną. To „Córki hańby”, druga po "Zhańbionej", książka Jasvinder Sanghera, brytyjskiej działaczki na rzecz kobiet, zagrożonych zjawiskiem wymuszonych małżeństw i honorowych morderstw.
Choć w notatce wydawniczej czytamy: „Córki hańby” to zbiór historii kobiet – faszerowanych narkotykami, bitych, więzionych, gwałconych i terroryzowanych w czterech ścianach domów, w których dorastały”, to świadomość, na co się porywam, nie uchroniła mnie przed szokiem. Po pierwszym rozdziale musiałam odłożyć książkę, żeby pooddychać. Ja – matka, kobieta, człowiek, nie mogłam się bowiem pozbierać. O dystansie nie było mowy – bo to, co czytałam, było wstrząsające. Okrutne. Nieludzkie.
Wydawać by się mogło, że w XXI wieku, na dodatek w sercu Europy, o barbarzyńskich, łamiących prawa człowieka obyczajach, zwłaszcza w kontekście dzieci, nie może być mowy. Błąd. Prawdę tę obnaża autorka, córka imigrantów z Pendżabu, urodzona i wychowana w Wielkiej Brytanii, która doskonale wie, o czym pisze – ona także jest ofiarą przemocy w rodzinie. Choć zbuntowała się i przeciwstawiła zaplanowanemu zamążpójściu, to okrywszy honor rodziny hańbą, została zeń wyklęta. Jej historia kończy się szczęśliwie – Jas dała sobie radę, a energię życiową dzieli pomiędzy wychowywaniem dzieci, a pracą w powołanej przez siebie organizacji Karma Nirwana – niosącej pomoc głównie Brytyjkom pochodzącym z Południowej Azji, zagrożonym zbrodniami honoru bądź ofiarom izzat (honoru rodziny, w imię którego można nawet zabić!). Ta książka jest o nich, dla nich.
Karty opowieści to kadry z życia Karmy Nirvany, okruchy codzienności jej założycielki oraz poruszające historie dręczonych kobiet. Choć nie miałam złudzeń, że pozycja kobiety w świecie muzułmańskim jest marna, żeby nie powiedzieć żadna, to to, co przeczytałam, dość boleśnie otworzyło mi oczy. Mamy XXI wiek, a kobieta o południowoazjatyckich bądź afrykańskich korzeniach (choć pewnie nie tylko), niezależnie od miejsca zamieszkania, wciąż często traktowana jest jako stworzenie gorszego gatunku, które narodziło się, by służyć mężczyźnie.
Nasze bohaterki, posłuszne ojcom, braciom, kuzynom, nierzadko wykorzystywane przez nich seksualnie, nie mają łatwego życia. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy wchodzą w wiek dojrzewania - wówczas częściej niż zwykle dochodzi do familijnych konfliktów. Choć rodzina przyjechała na wyspy, by żyć, jak „ludzie Zachodu”, najczęściej nie pozwala im wtapiać się w tłum, choćby w szkole. One na każdym kroku muszą dawać świadectwo swego pochodzenia - nie mogą się malować ("zgnilizna Zachodu") czy zadawać z „białymi” - nie mogą mieć takich znajomych, o partnerach spoza "kręgu" nie może być mowy. Bywa, że kiedy nadejdzie odpowiedni czas, kilkunastoletnia dziewczyna znika ze szkoły i wyjeżdża na „wycieczkę” do Indii lub Pakistanu, by tam poślubić mężczyznę, jakiego dla niej wybrano. Naturalnie, jako obywatelka Wielkiej Brytanii, po powrocie do kraju może doń ściągnąć swojego męża, który – jeśli początkowo jest dla niej dobry – potem najczęściej wkłada tradycyjne buty, stając się tyranem, który gwałci, bije czy poniża. Ona ma to godnie i w milczeniu znosić.
Sytuacja się komplikuje, jeśli kandydatka na narzeczoną sprzeciwia się woli rodziny i odmawia poślubienia kandydata „ze zdjęcia”. Wówczas wytaczane są ciężkie działa – dziewczyna (ale zdarzają się także mężczyźni!) do małżeństwa jest zmuszana siłą. Zaczyna się od więzienia jej w pokoju. Zastrasza się ją, poniża, wpędza w poczucie winy – służą temu histeryczne sceny, groźby i widowiskowy szantaż emocjonalny. Wszystko po to, by uległa i … nie zhańbiła honoru rodziny. Argumentem – wcale nie w skrajnych przypadkach - może stać się tez kij bejsbolowy, nóż czy deska nabita gwoździami. Co straszne, dziewczyna najczęściej nie ma oparcia ani w siostrach, ani matce – te w swoim okrucieństwie nie ustępują męskim oprawcom. Jeśli w porę zorientuje się i uda jej się uciec, być może wyjdzie na prostą. Jeśli ma tyle sił, by żyć bez kajdan swej mentalności i - cóż - środków do życia, tyle szczęścia, by nie znaleźli jej żądni zemsty kuzyni (!) i jeśli będzie umiała funkcjonować sama pośród obcych, w poczuciu permanentnego zagrożenia … Nierzadkie są sytuacje, kiedy dziewczyna popełnia samobójstwo, nie mogąc dźwignąć brutalnej rzeczywistości. Prawda też jest taka, że często zawodzą dorośli – nauczyciele, policja, pracownicy socjalni. Kiedy młode kobiety proszą o pomoc albo alarmują o czyhającym je niebezpieczeństwie, często są lekceważone, ich tajemnice wydawane są rodzicom lub, ze względu na poprawność polityczną, w obawie o posądzenie o rasizm bądź nietolerancję kulturową – przymyka się na sprawę oczy. Bo tak po prostu jest.
Może nie jestem w stanie zrozumieć owej mentalności, ale historie Mai, Banaz, czy Fatimy mnie po prostu paraliżują. Nie umiem pojąć i usprawiedliwić bestialstwa i okrucieństwa, jakie może wyrządzić rodzic dziecku, brat siostrze, człowiek człowiekowi. I naprawdę chcę wierzyć, że to tylko jakiś odsetek rodzin o muzułmańskich korzeniach, że istnieją takie familie, które się kochają, szanują i wspierają. Mam nadzieję, bo dziś czuję się zagubiona i przerażona. Nie wiem także, jak to możliwe, że takie pojęcia jak tradycja, religia czy rodzina, wydawać by się mogło wartości nadrzędne, pozwalające wspiąć się na wyżyny człowieczeństwa i stojące na straży dobra, tak często są kajdanami, narzucającymi sztywny sposób myślenia i czymś, czym można usprawiedliwiać zło i zbrodnie. Honor rodziny w tym wydaniu? Karykatura człowieczeństwa! Obraza boska! Bzdura!
„Córki hańby” Jasvinder Sanghera to szczera, głęboko poruszając książka, która zdecydowanie nie służy relaksowi. To wstrząsająca pozycja, literatura faktu, która boleśnie sygnalizuje zjawisko, celnie trafia w światopogląd i otwiera oczy na okropieństwa, które nie dzieją się wcale gdzieś daleko, a być może gdzieś koło nas. I musimy mieć tego świadomość.
Monika Zalewska-Biełło
(gości: 510, użytkowników: 203)